piątek, 11 grudnia 2015

REMATCH

Zacznijmy od początku…

Jak wszystkim powtarzam, że musicie patrzeć na rodzinę, na to „coś” co poczujecie w rozmowie z nimi, w życiu na lokalizację, pieniądze, czy obietnice jakie wam składają, tak sama wpadłam w tę niecną pułapkę… Rodzina u której spędziłam pierwsze siedem miesięcy mojego programu została przeze mnie odrzucona początkowo w fazie kolejnych match’y. Wówczas byłam „zakochana” w rodzinie z okolic Waszyngtonu, którzy w ostateczności mnie nie wybrali, ale to inna historia. W między czasie miałam matcha właśnie z moją rodziną, ale mail jaki dostałam od hostki zupełnie mnie nie zachęcił do zostania częścią ich rodziny. Osoby, które są na bieżąco z moim blogiem pewnie wiedzą o czym mówię, bo pisałam o tym już wcześniej. Gdy rodzina, która początkowo była moim „pewniakiem” nie wybrała mnie trochę się załamałam i postanowiłam odezwać do wcześniej odrzuconej przeze mnie rodziny. Bądźmy szczerzy, odezwałam się do nich tylko dlatego, że byli z Californii. Tu następuje paradoks, bo ja całe życie marzyłam o Nowym Jorku, o Cali nie wiedziałam praktycznie nic, a moje wyobrażenie było bardziej skoncentrowane na iście amerykańskich filmach, które głownie pokazują plażę w LA, gwiazdy na ulicach i wszechobecny dobrobyt… Niestety mam wrażenie, że większość kandydatek/tów na AP tak myśli – uwaga rozczaruję Was, większość Californii to wielkie, suche, żółto-brązowe obszary niczego. Owszem plaże są piękne, temperatura zachęca, ale, przynajmniej dla mnie, nie jest to ziemia obiecana, a więcej szczęścia znajduję w zielonych łąkach i liściastych drzewach.

Wracając do rodziny z hostką rozmawiałam na skype dwa razy, po drugim razie napisała mi maila, że chcieli by się ze mną zmatchować. Do dziś nie wiem dlaczego wybrałam tę rodzinę, rozmawiając z hostką od razu widziałam, że jest roztrzepana, że owszem jest miła, ale pewnego razu podczas skype ze mną dziecko ją zawołała więc pobiegła do niego zostawiając mnie „na linii” przez jakieś 20 minut…

Nie zrozumcie mnie źle, moi host rodzice byli dla mnie bardzo mili, nigdy mnie nie obrazili, nie zrobili nic co mogłoby mnie urazić ale… moje obowiązki baaardzo przekraczały obowiązki jakie powinnam wykonywać. Poza głównymi obowiązkami jakimi jest zajmowanie się dziećmi musiałam:

-codziennie ścielić łóżka dzieci w określony sposób (dostałam zdjęcie jak układać poduszki)
- zmieniać pościel praktycznie codziennie, bo 5- cio latka i 3-  latka nadal sikały w łóżka
- zmieniać pościel w sypialni hostów, gdy 5- latka spała z nimi i tam się zlała
- ścielić łóżko hostów jeśli mała tam spała
- robić pranie codziennie
- przynajmniej raz w miesiącu w szafach dziewczynek robić segregację ubrań
- raz w tygodniu segregować i układać wszystkie zabawki
- raz w tygodniu sprzątać (odkurzać, ścierać kurze) „Pool house” – domek w którym bawiły się dzieci
- raz w tygodniu przynosić wszystkie rzeczy z samochodów (śmieci, zakupy, stare kanapki, pieluchy itp. )
- zamiatać podłogę w kuchni, w pokoju dzieci, korytarze
- odkurzać dywany w pokojach dzieci i pokojach „dziennych”
- myć wannę po dzieciach, gdy się w niej bawiły kolorowymi mydłami
- codziennie sprzątać kuchnię, zmywać naczynia, segregować jedzenie w szafkach

Mogłabym tak jeszcze powymieniać, ale myślę, że dałam ogólny sens tego jakie były moje obowiązki…







Tak CODZIENNIE wyglądała rano kuchnia...


Lista moich obowiązków. A + B to ja, I to druga niania.

Powodów mojego rematchu było kilka, nadmiar obowiązków był jednym z nich, kolejnym powodem było to, że przez dwa miesiące od mego przyjazdu mieszkałam w pokoju gościnnym/pokoju najmłodszej dziewczynki (8 miesięcy), której wszystkie ubranka były w tym pokoju, więc hostka kiedy chciała to wchodziła, żeby te ubranka brać. Ja swoje wszystkie rzeczy w tamtym okresie trzymałam w walizce… Po dwóch miesiącach dostałam wyproszony pokój, który był kiedyś biurem hostki. W pokoju było duże łóżko. To wszystko. A nie… było również wielkie okno bez zasłon oraz wielkie drzwi z szybkami, również bez zasłon. Co noc nakładałam na drzwi koc żeby móc się przebrać, bo mój pokój był na dole przy samych schodach.






Gdy miałam już dość wieszania kocyka...



Kolejny powód i prawdopodobnie decydujący… Podczas rozmów z hostką zanim przyjechałam do Stanów dowiedziałam się, że najstarsza dziewczynka (5lat) miewa temper tantrum. Byłam z tym kompletnie okay. Każde dziecko to miewa. Niestety jej tantrum to była kompletnie inna bajka. Zaczynało się na marudzeniu, pyskowaniu, poprzez gryzienie, drapanie, bicie, a wszystkiemu temu towarzyszyły okropne krzyki, dosłownie jakby się ją obdzierało ze skóry. Jej tantrum trwały po 2-4 h, hostka w tym czasie ubierała zimową kurtkę (w 30sto stopniowym upale), a moim zadaniem było zabranie środkowej i najmłodszej dziewczynki jak najdalej od wrzeszczącej 5-cio latki. Zapytacie po co hostce kurtka, a po to, ze jak jej nie nakładała to młoda tak jej raniła ręce gryząc i drapiąc, że wyglądała jakby co najmniej ją jakieś dzikie psy napadły. W ciągu tych siedmiu miesięcy hostka zatrudniła behawiorystkę i psychologa, którzy przepisali jej bardzo silne psychotropy po, których chodziła jak zombie. W weekendy pracowałam od 6 rano, bo 5-cio latka budziła się już o 5-tej i od rana musiałam z nią robić „art projects”, ale hola hola, dzień wcześniej (każdego dnia wieczorem) musiałam na stole wyłożyć co najmniej 6 projektów, którymi miałabym później nią zainteresować. Codziennie musiałam te projekty zmieniać, nawet te, których nie ruszyła – a to by the way denerwowało mnie najbardziej, bo czasami siedziałam na pintereście szukając jej projektów, które później ona olewała.

Jeszcze jeden powód mi się przypomniał tak szybciutko, otóż musiałam się dopominać o wypłatę, czekać na "dobry moment" żeby o nią poprosić, bo przy 5- cio latce nie mogłam, jak pracowała to też nie mogłam... i kolejny - często w niedzielę wieczorem nie miałam jeszcze schedule na poniedziałek, więc nie wiedziałam jak pracuję...


SMS o 5:50 AM, że zaczynam o 6:00 AM? Nie ma sprawy! Przecież jestem robotem i nie śpię.


Ogólnie miałam dość braku szacunku ze stronu 5- cio latki, tego, że musiałam jej dosłownie „lizać dupę” i być dla niej miła non stop, bo przecież „to nie jej wina, że przechodzi przez tak ciężki okres”.

Do rozmowy o rematchu podchodziłam dwa razy. Po pierwszym razie spędziłam z hostką godzinę rozmawiając o tym co mi się nie podoba, co możemy zmienić itp. Przez pierwszy tydzień było spoko, potem wszystko wróciło do normy. Uwierzcie mi, to nie była łatwa decyzja i dziewczyny, z którymi w tamtym czasie rozmawiałam pewnie miały dość mnie gadającej o rematchu, bo wspominałam o tym non stop. Po prostu potrzebowałam mocnego kopniaka aby wreszcie tę decyzję podjąć.
Podchodząc drugi raz do rozmowy czekałam na odpowiedni moment, czyli taki, żeby hostka nie miała dużo czasu, żeby zostać i ze mną rozmawiać, więc akurat wychodziła odebrać ze szkoły środkową… Wiem, może to głupie, ale ja po prostu nie chciałam na nowo odbywać tej samej rozmowy, że zmienimy to co Ci nie pasuje, że będzie lepiej itp., itd. Po prostu powiedziałam, że już tu nie wytrzymuję, nie czuję się jak w rodzinie, jest mi źle, czuję się depresyjnie i nie chcę już tu być. Zaskoczenie! Hostka powiedziała, że mnie rozumie i jakby była n moim miejscu to zrobiła by to samo, bo wie, że „this is tuff household to stay in”. Uff…

Po załatwieniu wszystkich formalności, zaczęłam szukać nowej rodziny. Hostka codziennie pytała mnie czy już kogoś znalazłam i czy jak nie znajdę nikogo, to czy jednak mogłabym zostać!!! Po 5-7 dniach znalazłam mój PM2, powiedziałam hostom, że wyjeżdżam do NY i tyle.

Zaskoczeniem było dla mnie to, że zrobili mi pożegnalną kolację z szampanem. Dostałam 100$ w kopercie na drogę i kartkę z miłymi słowami. Po kolacji, gdy dzieci poszły już spać a ja chciałam „po cichutku” przeniknąć do kuchni żeby zostawić im polskie prezenty hostka zeszła na dół i powiedziała mi, że kiedykolwiek będę chciała się u nich zatrzymać – nie ma problemu, czy za rok, czy za pięć lat, że bardzo doceniają moją pracę i chcą żebyśmy zostali w kontakcie. Tyle. Miłe rozstanie na koniec.





Gratuluję temu, kto dotrwał do końca. Podsumowując mogę powiedzieć tyle, że jestem mega dumna z podjęcia takiej decyzji! Powiem szczerze, że nie miałam nic do stracenia, bo wolałam (w razie gdybym nie znalazła rodziny) wrócić do domu, do Polski, gdzie mnie kochają, szanują i nie traktują jak niewolnika. Los chciał, ze znalazłam wspaniałą rodzinę na drugim końcu Stanów, 45 minut od Nowego Jorku.



Jestem szczęśliwa.



-Hankowah

28 komentarzy:

  1. Naprawdę współczuję Ci tego wszystkiego co przeszłaś na pewno nie raz było Ci bardzo ciężko, ale wreszcie już się skończyło.
    Gratulacje nowej rodziny!
    Trzymam kciuki! :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przez to co przeszłam to teraz wydaje mi się, że w nowej rodzinie mam jak w niebie! :D

      Usuń
  2. Szczerze współczuję...Gratuluję, że w końcu podjęłaś jednak dobrą decyzję :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Gratulacje za podjęcie decyzji! Mam nadzieję, że w NY się jakoś ułoży! Trzymam kciuki <3
    Buziaki, Sandra!!!

    OdpowiedzUsuń
  4. Slow brakuje.. Życzę Ci, by nowa rodzinka okazała się super! Powodzenia

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nowa rodzina jest super! Dziękuję :)

      Usuń
  5. Dotarłam do końca i jestem z Ciebie dumna! Powodzenia z Nową rodzinką, i dalej będę cichutko Ciebie czytała :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Matko i corko, ze ty sie zdecydowalas na ten rematch tak pozno... podziwiam, ze z nimi tyle zostalas!!! Milo, ze cie dobrze potraktowali na koniec....
    No i w takim razie udanego pobytu w NYC zycze!!!! Baw sie i uzywaj jak najwiecej przez kolejne mieasiace !!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Powiem szczerze, że się bałam tak późno iść w rematch, ale najpierw spotkałam się z moją lcc i zapytałam, czy tak późno w ogóle można, ale powiedziała, że nie ma problemu, szczególnie, że mam doświadczenie z bobasami :) Dziękuję!

      Usuń
  7. Boże Ania! Jaka historia!! Tak Ci współczuje!!! Super, ze Ci sie udało!! Życzę powodzenia z całego serca <33

    OdpowiedzUsuń
  8. Bez urazy ale chyba nie byłaś we właściwych miejsach jeśli uważasz Cali za suche, żółto-brązow obszary niczego.. Uwierz mi jest tyle zieleni wystarczy tylko poszukać.
    Co za historia.. Cieszę się że trafiłaś w końcu na fajną rodzinę! Szczęścia w NY! I gratulacje dobrej decyzji, ze mnie by pewnie zbyt wielka pussy była hhaha

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dokładnie!! Cali najcudowniejsza!!!!!!!

      Usuń
    2. Owszem, zieleń jest, jak się już dotrze do danego celu. Ale od jednego miasta do drugiego nie ma nic. Jechałam do Yosemite z San Francisco jakieś 4 h, nagrywałam filmiki, żeby inni mogli zobaczyć, wielkie suche wzgórza, domy oddalone od siebie o jakieś 10 mil. Jak w horrorze! No przez siedem miesięcy trochę udało mi się zwiedzić, dlatego pisałam, że plaże są przepiękne, ale poza plażami to nie moje klimaty :)
      Co do rematchu to nie powiem, bałam się iść tak późno, ale wyszło na dobre :) Moja nowa rodzina jest cudowna!

      Usuń
  9. Ja też jestem w Cali już prawie rok, i byłam w LA, Carmel, Monterey, Big Sur, Santa Monica, Santa Barbara... mieszkam koło San Francisco i jest ok, ale tez nie wiem czym się tak wszyscy w tej Kalifornii zachwycają. Szału nie ma. Spokojnie przeniosłabym się do Colorado, Luizjany czy w jakieś inne miejsce.
    A odnośnie twoich obowiązków - współczuję i podziwiam że tak długo wytrwałaś. Ja uciekłabym po tygodniu. 6 art projektów do przedstawienia codziennie? No way...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ooo ja też mieszkałam koło SF! :) Colorado to zdecydowanie moje klimaty! :D

      Usuń
    2. Jedz do Sykes, Big Basin, Yosemite, Tahoe, Mount Tamalpais state park, Death Valley. I setki hikow w których można się zakochac. naprawdę dziewczyny miasta i plaże to nie wszystko. Wystarczy poszukać.

      Usuń
  10. Przykro mi, że coś takiego Cię spotkało ale ogromnie się cieszę, że chociażna sam koniec Twoi hości zachowali się dobrze :) teraz będzie już tylko lepiej :)
    Powodzednia, buziaki :*

    OdpowiedzUsuń
  11. A myślałam, że to u mnie syf w kuchni!! :P
    Współczuję.. ale ważne, że teraz jest lepiej! :))

    OdpowiedzUsuń
  12. U mnie kuchnia tez syf masakryczny. Juz ostatnio nawet na krzesłach. Człowiek nie ma gdzie usiąść bo drukarka na stołku stoi. O tym co się na blacie dzieje to juz w ogole nie mowie. Dzis z szafki na mnie blacha wypadła... Dobra decyzja! Życzę powodzenia!

    OdpowiedzUsuń
  13. O lol wiedzilam, ze masz zle ale nie spodziewalam sie takich opisow. Oszklone drzwi pokoju najbardziej mnie zszokowaly.

    OdpowiedzUsuń
  14. Dzięki za ten wpis. Sprowadza na ziemię. Choć Twoja sytuacja była ekstremalna, szczególnie jeśli chodzi o 5 letnią dziewczynkę. Mimo wszystko powodzenia. 3maj się!

    www.liveaupair.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  15. O, widzę, że nie ja jedyna trafiłam ostatnio w rematch. Trzymaj się jakoś po tych przejściach i powodzenia z nową rodziną! Trzymam kciuki, teraz będzie tylko lepiej! x
    http://dreamsdontworkunlessyoudox.blogspot.com/

    OdpowiedzUsuń
  16. czytam i mega zazdroszczę całej tej przygody. może nie zazdroszczę rodziny, ale dzięki temu zobaczyłaś trochę więcej niż gdybyś została u tej samej rodziny przez cały ten czas. trzymam kciuki i mam nadzieję znaleźć czas, aby nadrobić starsze posty i dowiedzieć się więcej. pozdrawiam,
    doundone.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń